Janusz Stępień, który wyraził zgodę na publikację pełnych danych osobowych, od 1987 roku pozostaje pozbawiony wolności, z krótkim epizodem wolnościowym w 2005 roku. W 2017 roku wystąpił przeciwko państwu z pozwem o zapłatę za – jak to określił – „bezpodstawne i bezprawne umieszczenie jego danych w Rejestrze Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym”. Sprawa dotyczyła zabójstwa dokonanego w zakładzie karnym w Rawiczu na osobie skazanej wcześniej za przestępstwo seksualne wobec dziecka. Z ustaleń sądów karnych wynikało, że przed śmiercią pokrzywdzony został poddany szczególnie brutalnej przemocy, której towarzyszyły również czynności zakwalifikowane następnie jako przestępstwo seksualne. Ostatecznie Janusz Stępień i druga osoba zostali skazani między innymi za zabójstwo oraz za czyn o charakterze seksualnym.

Ale do rzeczy… W sprawie pozwanym był Skarb Państwa reprezentowany przez Ministra Sprawiedliwości i zastępowany przez Prokuratorię Generalną. Orzekała sędzia Anna Ruszkowska – sędzia Sądu Rejonowego Szczecin-Centrum w Szczecinie delegowana do Sądu Okręgowego w Szczecinie przez tego samego Ministra. Rzecznik Sądu Okręgowego w Szczecinie sędzia Konrad Kujawa tłumaczył później, że choć decyzja o delegacji pochodzi od Ministra, to jego faktyczny udział w procedurze „nie jest wiodący”, lecz ma charakter „formalnoprawny”, a sama delegacja poprzedzona jest m.in. oceną kandydatów przez sędziego wizytatora.

W ocenie redakcji już sama ta okoliczność powinna wymagać od sądu najwyższej ostrożności, bo problem leży w tym, że z perspektywy obywatela nadal pozostaje ten sam obraz: sędzia delegowana decyzją organu, który w danej sprawie występuje po stronie pozwanej. Jak dalej przedstawił redakcji rzecznik, sędzia Anna Ruszkowska nie złożyła żądania wyłączenia jej od rozpoznania sprawy, ponieważ „uznała, że nie istnieją okoliczności mogące wywołać uzasadnioną wątpliwość co do jej bezstronności”, a także dlatego, że „nie łączy jej z Ministrem Sprawiedliwości żadna osobista relacja lub zależność i nie ma przeszkód w bezstronnym rozpoznaniu przez nią sprawy.”

Na tym jednak problem się nie kończy. W rzeczywistości wątpliwość dotyczy nie tylko samej delegacji, lecz przede wszystkim sposobu, w jaki w tej sprawie przeprowadzono postępowanie dowodowe.

Prokuratoria Generalna w odpowiedzi na pozew wniosła o oddalenie powództwa i zasądzenie kosztów zastępstwa procesowego, choć z jej własnego stanowiska wynikało, że nie dysponuje dokumentami mogącymi wykazać legalność działania państwa. Innymi słowy, profesjonalny pełnomocnik Skarbu Państwa domagał się wygranej, ale nie przedłożył sądowi podstawowych dokumentów, na których ta wygrana miała się opierać, mimo że art. 6 ust. 2 ustawy o Prokuratorii Generalnej Rzeczypospolitej Polskiej przyznaje Prokuratorii możliwość żądania od organów władzy publicznej informacji i dokumentów niezbędnych do wykonywania jej zadań.

W normalnym procesie cywilnym dokumenty, na których strona chce oprzeć swoje stanowisko, powinny zostać przez nią przedstawione sądowi. Gdyby Prokuratoria Generalna przedłożyła odpisy wyroków i innych dokumentów ze sprawy karnej w Poznaniu, dokumenty te musiałyby zostać dołączone do akt sprawy jako załączniki do pisma procesowego strony pozwanej. Wtedy ich odpisy powinny trafić również do Pana Janusza, aby mógł się z nimi zapoznać i odnieść się do ich treści.

Tak się jednak nie stało.

Sędzia Anna Ruszkowska wyręczyła Prokuratorię, czyli pełnomocnika Ministra Sprawiedliwości – tego samego, którego decyzją została delegowana do orzekania w Sądzie Okręgowym. Sama zwróciła się do Sądu Okręgowego w Poznaniu o wypożyczenie akt sprawy karnej. Pismo wysłano faksem 17 lipca – w dniu rozprawy, na której sąd dopuścił dowód z tych akt, zarządził jego przeprowadzenie poza rozprawą, po czym zamknął rozprawę i odroczył publikację wyroku. Na rozprawie nie stawił się pełnomocnik z ramienia Prokuratorii, a Pan Janusz nie został doprowadzony z zakładu karnego.

27 lipca sąd otworzył na nowo rozprawę wyznaczając termin kolejnego posiedzenia na dzień 28 września. Jak tłumaczył nam rzecznik prasowy, było to spowodowane tym, że: „akt z Poznania nie przesłano na czas”. Nie wyjaśnia to dlaczego Sąd pierwotnie planował wydać orzeczenie w sprawie bez przesłuchania powoda.

Na wyznaczoną rozprawę Pan Janusz został doprowadzony z zakładu karnego. Oświadczył, że podtrzymuje powództwo, nie zna prawa cywilnego, nie ma dostępu do kodeksów, nie stać go na prywatnego prawnika i domaga się pełnomocnika z urzędu. Za Prokuratorię Generalną ponownie nie stawił się nikt.

Następnie sędzia Anna Ruszkowska oddaliła ponowny wniosek Pana Janusza o ustanowienie dla niego pełnomocnika z urzędu jako oparty na tych samych okolicznościach. Wcześniej referendarz sądowy Justyna Tołłoczko również odmówiła mu ustanowienia pełnomocnika z urzędu, przyjmując, że sprawa nie jest skomplikowana, a pisma powoda świadczą o tym, że potrafi on samodzielnie przedstawić swoje stanowisko. W dalszej części uzasadnienia czytamy: „Postępowanie dowodowe w niniejszej sprawie nie ma takiego charakteru, aby powód mu nie sprostał”.

Problem polega na tym, że dalszy przebieg sprawy zaprzeczył tej ocenie. Skoro odmowę pełnomocnika uzasadniono założeniem, że powód poradzi sobie z postępowaniem dowodowym, to sąd powinien był prowadzić to postępowanie w sposób dla niego realnie uchwytny. Tymczasem kluczowy materiał dowodowy został pozyskany z urzędu, z akt innego sądu, bez wskazania powodowi konkretnych dokumentów i bez stworzenia mu rzeczywistej możliwości odniesienia się do ich treści przed wydaniem wyroku.

Rozprawa 28 września była momentem szczególnym. Sąd miał przed sobą osobę pozbawioną wolności, która wprost mówiła, że nie zna prawa cywilnego, nie ma dostępu do narzędzi prawnych i nie ma środków na adwokata. Jednocześnie sprawa wymagała oceny starych orzeczeń karnych, kwalifikacji prawnej czynu, skutków ustawy o  Rejestrze Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym oraz prawidłowości działania organów państwa.

Na sprawie sąd przesłuchał Pana Janusza. Z jego wypowiedzi wynikało, że nie kwestionował samego faktu skazania, lecz nie rozumiał podstawy wpisu do rejestru i kwestionował kwalifikację czynu jako czynu seksualnego. Wskazywał, że według jego wiedzy został skazany za zabójstwo, a nie za przestępstwo seksualne. Podkreślał, że nie zna dokładnej kwalifikacji prawnej przyjętej po zmianie dokonanej przez Sąd Najwyższy.

Po tych zeznaniach sąd postanowił dopuścić dowody z akt sprawy karnej Sądu Okręgowego w Poznaniu – nie wskazując przy tym, jakie konkretnie dokumenty zamierza przeprowadzić jako dowód. Nastąpiło to pod koniec rozprawy, a z protokołu nie wynika, aby przewodnicząca poinformowała Pana Janusza o prawie wglądu w te materiały. W ocenie redakcji sucha wzmianka o dopuszczeniu dowodu z akt sprawy z Poznania pozbawiła powoda możności obrony swych praw. Wystarczyłoby, aby sędzia Anna Ruszkowska okazała mu akta sprawy karnej, wskazała treść orzeczenia i zapytała, czy chce się do tego dokumentu ustosunkować. Zabrakło nie tylko procedury, lecz także tego praktycznego zaangażowania w rzetelne przeprowadzenie czynności, za które sędzia Anna Ruszkowska była wcześniej kilkukrotnie pozytywnie oceniana w opiniach sporządzanych przed jej delegowaniem do Sądu Okręgowego, na które powoływał się rzecznik sądu.

W swojej sprawie  Pan Janusz mógł zeznawać, lecz nie mógł skutecznie bronić się przed dokumentami, których mu nie pokazano. Należy pamiętać, że jako osoba osadzona nie dysponował swobodną, praktyczną możliwością przejrzenia akt w czytelni sądu.

Sąd Najwyższy wielokrotnie wskazywał, że procedura cywilna nie zna „dowodu z akt” innej sprawy. Dowodem mogą być jedynie konkretnie, ściśle określone dokumenty znajdujące się w tych aktach. (wyr. SN z dnia 15 kwietnia 2005 r., I CK 653/04, wyr. SN z dnia 30 maja 2008 r., III CSK 344/07).

Dodatkowo, oparcie ustaleń faktycznych przez sąd na treści poszczególnych dokumentów, w teorii umożliwia stronom ustosunkowanie się do każdego z nich (wyr. SN z dnia 13 listopada 2003 r., IV CK 212/02, wyr. SN z dnia 30 maja 2008 r., III CSK 344/07). W tej sprawie Janusz Stępień został pozbawiony zatem elementarnego prawa jakim jest prawo do odniesienia się do materiału mającego stanowić podstawę wydanego (niekorzystnego w tym wypadku dla niego) orzeczenia.

Ostatecznie wyrokiem z dnia 8 października 2018 roku sędzia Anna Ruszkowska oddaliła powództwo Janusza Stępnia, zasądzając od niego kwotę 5.400 zł na rzecz Prokuratorii Generalnej. Samo uzasadnienie tego rozstrzygnięcia cechuje wysoka precyzja i staranność, a sąd – mimo wyjątkowo obciążającego tła faktycznego – zachował formalny, urzędowy ton wypowiedzi. Redakcja zna inne orzeczenia tej sędzi, wydane w sprawach o zdecydowanie lżejszym tle, w których język uzasadnienia wychodził poza chłodną ocenę materiału dowodowego i zbliżał się do osobistej oceny strony procesu. W sprawie Janusza Stępnia tak się jednak nie stało: sąd opisał brutalne fakty, kwalifikację prawną i podstawy oddalenia powództwa, ale nie budował psychologicznego portretu powoda ani nie użył wobec niego dyskwalifikującego języka osobistego.

Nie zmienia to jednak oceny, że w kwestii odmowy przyznania powodowi pełnomocnika z urzędu oraz bezwzględnego obciążenia go kosztami zastępstwa procesowego sąd zaprezentował wyjątkowo surową i jednostronną ocenę, marginalizując realne położenie i ograniczenia powoda – do których powstania sam przebieg postępowania również się przyczynił.

Sprawa Janusza Stępnia nie jest jedyną sprawą z referatu sędzi Anny Ruszkowskiej, której aktami dysponuje redakcja, a której treść wskazuje na problem ograniczania stronie możliwości pełnego przedstawienia stanowiska przed wydaniem rozstrzygnięcia. W innym postępowaniu, udokumentowanym nagraniem, sędzia ta nie pozwoliła stronie na swobodną wypowiedź w mowie końcowej po wystąpieniu pełnomocnika przeciwnika procesowego. Tymczasem prawo do sądu nie kończy się na formalnej obecności strony na sali rozpraw, lecz obejmuje także realną możliwość reakcji na wszystko, co ma stanowić podstawę rozstrzygnięcia.

Po wniesieniu przez Janusza Stępnia odwołania, Sąd Apelacyjny w Szczecinie oddalił jego apelację i zasądził od niego na rzecz Skarbu Państwa – Prokuratorii Generalnej Rzeczypospolitej Polskiej kolejne 4.050 zł tytułem kosztów zastępstwa procesowego w postępowaniu apelacyjnym. Istotne jest, że Sąd Apelacyjny nie miał żadnych obiekcji, by przyznać Panu Januszowi pełnomocnika z urzędu – pod postanowieniem podpisała się Sędzia Małgorzata Gawinek.

Pod wyrokiem Sądu Apelacyjnego podpisali się:

  • Sędzia Agnieszka Sołtyka – przewodnicząca;
  • Sędzia Małgorzata Gawinek – sprawozdawca;
  • Sędzia Krzysztof Górski.

W czasie, gdy toczyły się postępowania przed sądami obu instancji, funkcję Prezesa Sądu Okręgowego w Szczecinie pełnił sędzia Maciej Strączyński, natomiast Prezesem Sądu Apelacyjnego w Szczecinie była sędzia Beata Górska.

W sprawie wypowiedział się również Sąd Najwyższy, rozpoznając skargę kasacyjną wniesioną od wyroku Sądu Apelacyjnego przez pełnomocnika Pana Janusza. Sąd Najwyższy odmówił przyjęcia skargi do rozpoznania z przyczyn formalnych, wskazując, że przedstawione zagadnienie nie spełniało ustawowych wymagań. W dalszej części uzasadnienia odwołał się jednak do utrwalonego orzecznictwa dotyczącego odmowy ustanowienia pełnomocnika z urzędu i wskazał, że co do zasady odmowa taka nie powoduje nieważności postępowania na skutek pozbawienia strony możności obrony jej praw.

Sąd Najwyższy wskazał:

„Oddalenie wniosku o ustanowienie pełnomocnika z urzędu może skutkować pozbawieniem strony możności obrony swoich praw jedynie w sytuacjach wyjątkowych, np. choroby psychicznej lub nieporadności życiowej uniemożliwiających stronie wyrażanie własnego stanowiska i formułowanie logicznych żądań czy wniosków procesowych. W niniejszym postępowaniu skarżący formułował swoje wnioski i argumenty jasno i logicznie, co pozwalało mu na samodzielne uczestnictwo w procesie”.

Z tą argumentacją, ocenianą na tle całego materiału sprawy, trudno się jednak zgodzić. Janusz Stępień rzeczywiście formułował wnioski i argumenty, które dotyczyły istoty procesu, jednak nie można pominąć, że zarówno na etapie postępowania przed sądem pierwszej instancji, jak i przed sądem drugiej instancji był wzywany do doprecyzowania swoich wywodów, ponieważ sądy miały trudności z odczytaniem i zakwalifikowaniem formułowanych przez niego twierdzeń.

Przede wszystkim jednak problem nie sprowadzał się do tego, czy Janusz Stępień potrafił napisać logiczne pismo albo złożyć zrozumiały wniosek. Zasadniczy problem polegał na tym, że sposób przeprowadzenia postępowania dowodowego pozbawił go realnej możliwości przedstawienia stanowiska wobec materiału, który sąd pozyskał z urzędu z Poznania i wykorzystał następnie przeciwko niemu. W ocenie redakcji właśnie taki układ procesowy odpowiadał sytuacji wyjątkowej, w której strona formalnie mogła mówić, ale materialnie nie mogła skutecznie bronić się przed dowodami, których jej nie okazano. Ryzyko takiej sytuacji byłoby istotnie mniejsze, gdyby Janusz Stępień korzystał z pomocy pełnomocnika z urzędu, ponieważ profesjonalny pełnomocnik co do zasady zapoznaje się z aktami sprawy w toku postępowania i może reagować na materiał dowodowy pozyskany przez sąd.

Istotne jest również to, że na etapie postępowania kasacyjnego Janusz Stępień korzystał już z pomocy pełnomocnika z urzędu – przy czym należy zauważyć, że z uwagi na przymus adwokacji, wniesienie skargi kasacyjnej byłoby niemożliwe bez jego ustanowienia. Sąd Najwyższy przyznał adwokatowi ustanowionemu z urzędu wynagrodzenie ze środków Skarbu Państwa, a jednocześnie oddalił wniosek Skarbu Państwa – Prokuratorii Generalnej Rzeczypospolitej Polskiej o zasądzenie zwrotu kosztów postępowania kasacyjnego.

Pod postanowieniem Sądu Najwyższego podpisała się sędzia Sądu Najwyższego Anna Owczarek, obecnie pozostająca w stanie spoczynku.

Nie można przy tym tracić z pola widzenia zasadniczego skutku tej sprawy. Janusz Stępień – człowiek pozbawiony wolności, działający bez adwokata, który przegrał proces na podstawie materiału pozyskanego z urzędu przez sąd i realnie mu nieokazanego – został ostatecznie obciążony kwotą 9.450 zł kosztów na rzecz profesjonalnego pełnomocnika państwa.

Za co Janusz Stępień został obciążony kosztami Prokuratorii Generalnej?

Za to, że Prokuratoria sama nie przedłożyła kluczowych dokumentów?

Za to, że sąd sam sięgnął po akta karne, a następnie mu ich nie okazał?

Za to, że materiał korzystny dla strony Ministra Sprawiedliwości został pozyskany przez sędzię delegowaną do tego sądu przez tego Ministra, a nie przez profesjonalnego pełnomocnika Skarbu Państwa?

Czy za sam fakt, że więzień odważył się pozwać państwo i przegrał sprawę, w której jego przeciwnik dysponował całym aparatem instytucjonalnym, a on sam nie miał adwokata, nie miał dostępu do kodeksów i nie otrzymał odpisów dokumentów, które przesądziły o wyniku procesu?

W odpowiedziach udzielonych redakcji instytucje publiczne nie wyjaśniły istoty tego problemu. Rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Szczecinie wskazał jedynie, że „zasądzenie kosztów procesu od strony przegrywającej postępowanie jest regułą”.

Sąd Okręgowy w Szczecinie wskazywał, że sąd cywilny zwrócił się o akta karne do Sądu Okręgowego w Poznaniu i że tego rodzaju działanie było niezbędne do rozstrzygnięcia sprawy. Wskazano również, że postępowanie dowodowe w istocie sprowadzało się do zapoznania się z treścią wyroku karnego Sądu Okręgowego w Poznaniu.

Nie wyjaśnia to jednak, dlaczego Panu Januszowi nie zapewniono realnej możliwości odniesienia się do ich treści przed zamknięciem rozprawy. Samo tłumaczenie Sądu Okręgowego, że „sąd cywilny nie okazywał akt powodowi, który znał treść wyroku i przebieg tamtego postępowania”, redakcja traktuje jako niewystarczające.

Rzecznik Prasowy Sądu Apelacyjnego w Szczecinie, sędzia Robert Bury, odpowiadając na pytania redakcji, wskazał, że do akt sprawy Sądu pierwszej instancji przekazanych Sądowi Apelacyjnemu dołączono akta z Poznania. To jednak nie rozwiązuje problemu. Zgodnie z przepisami kodeksu postępowania cywilnego, nieważność postępowania zachodzi wtedy, gdy strona została pozbawiona możności obrony swych praw. Jeżeli więc sąd pierwszej instancji oparł wyrok na dokumentach z akt innej sprawy, których powodowi realnie nie okazano i do których nie umożliwiono mu odniesienia się przed zamknięciem rozprawy, to Sąd Apelacyjny powinien był zbadać z urzędu, czy w sprawie nie doszło do pozbawienia powoda możności obrony jego praw. W ocenie redakcji ten istotny problem został pominięty.

Dołączenie akt z Poznania mogło dać wiedzę sądowi, ale nie zastępowało obowiązku ujawnienia stronie konkretnych dokumentów, na których sąd zamierzał oprzeć rozstrzygnięcie. Rzetelny proces nie polega na tym, że materiał dowodowy zna wyłącznie sąd. Rzetelny proces wymaga, aby strona mogła ten materiał poznać, zakwestionować i przedstawić własne stanowisko, zanim zapadnie wyrok.

Sam fakt, że sprawa z powództwa o zadośćuczynienie za wpis do rejestru sprowadzała się w znacznej mierze do ustalenia, czy zapadł wyrok skazujący stanowiący podstawę dokonania tego wpisu, nie mógł przesądzać o przeprowadzeniu postępowania z pominięciem podstawowych zasad proceduralnych. Jeżeli sąd miał ocenić legalność działania państwa, powinien był oprzeć się na konkretnych dokumentach, ujawnionych stronie w toku rozprawy, a nie dopiero szczegółowo opisywanych w uzasadnieniu wyroku po jej zamknięciu.

Ponadto w aktach sprawy nie ma odpisu samego wpisu Janusza Stępnia do Rejestru Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym. Po analizie stanowiska Prokuratorii Generalnej redakcja nie traktuje jednak tej okoliczności jako zasadniczego błędu formalnego, ponieważ zarówno powód, jak i strona pozwana przyjmowali, że wpis został dokonany. Brak tego dokumentu pozostaje natomiast elementem szerszego problemu staranności procesowej. Z uwagi na charakter sprawy wskazane byłoby, aby tego typu postępowania opierały się na dokumentach źródłowych, a nie wyłącznie na faktach znanych sądowi z urzędu – tym bardziej, że Janusz Stępień formalnie kwestionował zasadność samego wpisu.

Prokuratoria Generalna, pytana przez redakcję o swój udział w tej sprawie, powołała się na tajemnicę Prokuratorii oraz ogólne obowiązki związane z ochroną interesu Skarbu Państwa. Ta odpowiedź nie wyjaśnia, dlaczego profesjonalny pełnomocnik państwa nie przedstawił dokumentów, które miały wykazać legalność działania państwa. Jak tłumaczył redakcji jeszcze w marcu tego roku rzecznik prasowy Prokuratorii – radca prawny śp. Bartosz Swatek, przepisy wprowadzone 1 stycznia 2017 roku uniemożliwiają pracownikom Prokuratorii ujawnianie informacji objętych tajemnicą Prokuratorii, w tym okoliczności związanych z wykonywaniem zadań tej instytucji w ramach toczących się lub zakończonych postępowań.

Przy okazji tych zapytań redakcja dostrzegła pewien paradoks. Z jednej strony organy władzy publicznej są zobowiązane na podstawie Prawa prasowego odpowiadać na pytania dziennikarzy. Z drugiej strony ustawa o Prokuratorii Generalnej Rzeczypospolitej Polskiej w bardzo szeroki sposób ogranicza możliwość uzyskania informacji o sprawach prowadzonych przez ten organ. Redakcja rozumie potrzebę ochrony informacji wyłączonych z jawności oraz danych, które nie mogą być ujawniane na podstawie przepisów szczególnych. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy tajemnica Prokuratorii staje się ogólną przesłoną dla odmowy udzielenia jakiejkolwiek rzeczowej odpowiedzi o sposobie wykonywania zastępstwa procesowego Skarbu Państwa. Tak szeroko rozumiana tajemnica może być odbierana jako mechanizm ograniczający realną kontrolę społeczną nad działaniem instytucji publicznej, ubrany w formalny język ochrony informacji służbowych.

W tym miejscu należy odnotować zachowanie Prokuratorii Generalnej RP. Jak wynika z oświadczenia Pana Janusza, Prokuratoria nie wszczęła wobec niego egzekucji zasądzonych kosztów procesu. W ocenie redakcji była to decyzja słuszna. Janusz Stępień formalnie nie miał racji, występując z pozwem, i redakcja rozumie, że jego stanowisko wynikało z osobistego rozgoryczenia treścią dawnych orzeczeń karnych. Tym bardziej zasadne było odstąpienie od egzekwowania kosztów zasądzonych w postępowaniu budzącym tak poważne wątpliwości wobec osoby, której miesięczny budżet wynosi około 500 złotych.

Ministerstwo Sprawiedliwości w odpowiedzi udzielonej redakcji nie przyjęło, że sama delegacja sędziego przez Ministra Sprawiedliwości automatycznie oznacza brak bezstronności. Wskazało jednak, że ocena nie może kończyć się na samym fakcie delegacji. Znaczenie mogą mieć również inne okoliczności istniejące równocześnie z delegacją – w tym sytuacja, w której obywatel pozywa Skarb Państwa reprezentowany przez Ministra Sprawiedliwości. Ministerstwo zastrzegło przy tym, że Minister, uzyskując kompetencję do delegowania sędziów, nie otrzymał instrumentu pozwalającego mu rozstrzygać indywidualne sprawy sądowe ani wiążąco wpływać na treść wyroku. Taki układ – według samego Ministerstwa – może jednak podlegać indywidualnej ocenie w ramach procedury wyłączenia sędziego na podstawie art. 49 § 1 k.p.c. W tej sprawie procedury tej nie uruchomiła ani sędzia z urzędu, ani żadna ze stron, przy czym należy zauważyć, że Janusz Stępień nie został poinformowany, iż taka okoliczność w ogóle występuje.

W ocenie redakcji sam fakt, że dany sędzia ma rozpoznawać sprawę wytoczoną przeciwko Ministrowi Sprawiedliwości, który tego samego sędziego delegował do sądu wyższej instancji, stanowi w pełni uzasadnioną podstawę do wyłączenia go od orzekania. Chodzi nie tylko o zapewnienie komfortu samemu składowi orzekającemu – by ten nie funkcjonował pod presją domniemanego długu wdzięczności wobec organu odpowiedzialnego za jego awans (nawet jeśli Minister działał przez upoważnionego zastępcę). Chodzi przede wszystkim o wizerunek wymiaru sprawiedliwości w oczach obywateli, którzy nie powinni mieć najmniejszych wątpliwości co do bezstronności i niezawisłości sędziego decydującego o ich losie.

Oprócz wspomnianych okoliczności, należy pamiętać o tym, że powód był więźniem bez adwokata. Sąd odmówił mu pełnomocnika z urzędu. Prokuratoria nie przedłożyła kluczowych dokumentów. Sąd sam pozyskał akta karne z Poznania. Dokumenty, na podstawie których wyprowadzono ustalenia faktyczne, nie zostały okazane powodowi. Pan Janusz nie otrzymał realnej możliwości odniesienia się do nich przed zamknięciem rozprawy. Po przegranej został obciążony kosztami profesjonalnej reprezentacji państwa.

Taki sposób prowadzenia sprawy nie buduje zaufania do sądu. Przeciwnie – tworzy obraz postępowania, w którym wynik mógł być materialnie prawidłowy, ale droga prowadząca do tego wyniku została ukształtowana w sposób rażąco nierówny.

Formalnie powód został wysłuchany. Materialnie jednak nie skonfrontowano go z dokumentami, które zadecydowały o przegranej.

Formalnie sąd dopuścił dowody z akt karnych. Materialnie jednak nie zapewnił powodowi realnego dostępu do tych dokumentów.

Formalnie Prokuratoria wygrała proces. Materialnie jednak kluczowy materiał korzystny dla Skarbu Państwa pozyskał sąd.

Formalnie powód przegrał sprawę i został obciążony kosztami profesjonalnego pełnomocnika państwa, choć to sąd wykonał za państwo zasadniczą pracę dowodową.

Właśnie dlatego ta sprawa jest ważna nie tylko z perspektywy Janusza Stępnia. Jest ważna dla każdego obywatela, który kiedykolwiek stanie naprzeciwko państwa.

Jeżeli państwo może nie przedłożyć kluczowych dokumentów, sąd może sam je znaleźć, nie okazywać ich stronie słabszej, oprzeć na nich wyrok, a następnie obciążyć obywatela kosztami profesjonalnej reprezentacji państwa, to problem nie dotyczy już jednego więźnia.

Problem dotyczy standardu procesu jako takiego.

Sąd nie powinien być pomocnikiem jednej ze stron. Szczególnie wtedy, gdy tą stroną jest państwo. Szczególnie wtedy, gdy przeciwnikiem państwa jest człowiek pozbawiony wolności. Szczególnie wtedy, gdy ten człowiek działa bez adwokata i sam mówi sądowi, że nie zna prawa, nie ma dostępu do kodeksów i nie potrafi samodzielnie prowadzić sporu przeciwko profesjonalnemu aparatowi państwa.

A już szczególnie wtedy, gdy sprawę przeciwko Ministrowi Sprawiedliwości rozpoznaje sędzia delegowana przez tego samego Ministra. W takim układzie każda ponadstandardowa aktywność sądu na korzyść strony pozwanej nie tylko obciąża sam przebieg postępowania, ale podważa zaufanie do widzialnej bezstronności sądu.

W takich warunkach postępowanie zaczyna przypominać proces o zabezpieczonym wyniku: obywatel może mówić, może składać wnioski, może opowiadać swoją wersję, ale zasadniczy materiał, który przesądza o wyniku sprawy, pozostaje poza jego realnym zasięgiem.

Nie tak powinno wyglądać państwo prawa, proces cywilny ani spór obywatela ze Skarbem Państwa reprezentowanym przez Ministra Sprawiedliwości.

Sprawa Janusza Stępnia ma jeszcze inne wymiary.

Po pierwsze, ta sama sędzia Anna Ruszkowska orzekała następnie w innym, znacznie poważniejszym postępowaniu dotyczącym Janusza Stępnia – postępowaniu, które zakończyło się uznaniem go za osobę stwarzającą zagrożenie w rozumieniu ustawy z dnia 22 listopada 2013 roku o postępowaniu wobec osób z zaburzeniami psychicznymi. Redakcja analizuje te materiały pod kątem możliwych wad formalnych tego postępowania.

Po drugie, zebrane przez redakcję materiały wskazują, że były Prezes Sądu Okręgowego w Szczecinie, sędzia Maciej Strączyński, już w 2023 roku odmówił udzielenia informacji dotyczących orzecznictwa sędzi Anny Ruszkowskiej. W uzasadnieniu tej decyzji wskazywał, że ustawa o dostępie do informacji publicznej nie służy temu, aby obywatel mógł przybrać sobie uprawnienia wizytatora lustrującego referat danego sędziego.

Redakcja stoi na odmiennym stanowisku. Obywatel nie musi być wizytatorem, aby patrzeć władzy sądowniczej na ręce. Prasa, działając na podstawie art. 1 Prawa prasowego, urzeczywistnia prawo obywateli do rzetelnego informowania, jawności życia publicznego oraz kontroli i krytyki społecznej. Pytania o sposób wykonywania władzy publicznej przez sędziego nie są więc prywatną lustracją referatu, lecz elementem społecznej kontroli wymiaru sprawiedliwości – niezależnie od tego, jakie było źródło pierwotnego zainteresowania redakcji uchybieniami w działaniu danego organu.

Po trzecie, z oficjalnych opinii sporządzonych przed delegowaniem sędzi Anny Ruszkowskiej do Sądu Okręgowego w Szczecinie – na które w odpowiedzi zwrócił uwagę rzecznik prasowy tego sądu – wyłania się obraz sędzi ocenianej bardzo wysoko. W dokumentach kadrowych pojawiają się takie określenia jak „wysoka wrażliwość”, „umiejętność zdystansowania się”, „zaangażowanie” czy „dobra organizacja pracy”. Redakcja ma świadomość, że jedna, dwie czy nawet trzy sprawy nie przesądzają o całej pracy orzeczniczej sędziego. Nie sposób jednak pominąć, że właśnie w sprawie Janusza Stępnia – człowieka pozbawionego wolności, działającego bez adwokata i proszącego sąd o pomoc prawną – cechy wskazywane w tych opiniach nie znalazły widocznego przełożenia na sposób prowadzenia postępowania.

Do tych wątków redakcja również powróci w kolejnej publikacji.

Dodatkowo jednym z ciekawych wątków ubocznych pozostaje wiadomość wysłana w dniu 12 maja 2024 roku ze zweryfikowanego prywatnego profilu w jednym z mediów społecznościowych, należącego do osoby, która w przeszłości pełniła funkcję sekretarza stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości kierowanym wówczas przez Ministra Sprawiedliwości delegującego sędzię Annę Ruszkowską. Chodzi więc o osobę należącą w przeszłości do kierownictwa tego samego resortu, który formalnie odpowiadał za delegacje sędziowskie i którego minister był instytucjonalnie powiązany ze sprawą Janusza Stępnia. Treść wiadomości brzmiała: „Składam najserdeczniejsze życzenia z okazji imienin Januszu!”. Redakcja odnotowuje ten fakt wyłącznie jako wątek uboczny, wskazujący zarazem, że Janusz Stępień – przebywający od grudnia 2020 roku w Krajowym Ośrodku Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym – korzysta z telefonu oraz dostępu do internetu. Jaka była intencja wysłania tej wiadomości i czy wątek ten ma jakikolwiek związek z innymi sprawami Janusza Stępnia, redakcja będzie ustalała w toku dalszych czynności.

Redakcja nie kwestionuje w niniejszym materiale, że Janusz Stępień został prawomocnie skazany za zabójstwo i czyny lubieżne wobec osoby, która sama została skazana za czyny pedofilskie wobec małoletnich dzieci. Redakcja takiego samosądu nie usprawiedliwia ani tym bardziej nie pochwala. Nie kwestionujemy również, że państwo mogło posiadać podstawę prawną do umieszczenia jego danych w rejestrze, jak wynikało to z prawomocnych orzeczeń karnych oraz obowiązujących przepisów ustawy.

Nie to jest istotą tej publikacji.

Istotą sprawy jest to, w jaki sposób państwo wygrało proces z człowiekiem pozbawionym wolności, który występował bez profesjonalnego pełnomocnika, nie miał swobodnego dostępu do akt, nie znał prawa cywilnego, a kluczowe dokumenty, na podstawie których sąd oddalił jego powództwo, nie zostały mu doręczone jako dowody przedstawione przez stronę pozwaną.

Warte odnotowania jest również to, że według ustaleń redakcji wyrokiem z dnia 7 maja 2026 roku Sąd Najwyższy uchylił inne orzeczenie wydane wobec Janusza Stępnia – w sprawie niepowiązanej z okolicznościami opisanymi w niniejszej publikacji – właśnie z uwagi na naruszenie jego prawa do obrony. Redakcja nie łączy tych postępowań przedmiotowo. Dostrzega jednak ich wspólny mianownik: w sprawach, w których jedna ze stron jest osobą obciążoną wyjątkowo trudnym życiorysem, szczególnego znaczenia nabiera obowiązek zachowania dystansu, formalizmu i pełnej ochrony gwarancji procesowych. To właśnie wobec takich osób najłatwiej bowiem usprawiedliwić skrót proceduralny, który w państwie prawa nie powinien być usprawiedliwiany nigdy.

O zachowanie podstawowych standardów prawnych wobec osób marginalizowanych walczyć będzie Fundacja Wyrywanych z Piekła Narcyzmu z siedzibą w Szczecinie.

Darowizny na Fundację:
mBank: 35 1140 2004 0000 3002 7709 9827
Tytułem: „darowizna na cele statutowe – działalność dziennikarska”

Paweł Panufnik – Redaktor Naczelny